Wywiad z Agni Keeling, autorką „Gdy księżyc znajduje się w pełni”

Z okazji publikacji książki Agni Keeling na temat Pouczenia BoginiGdy Księżyc znajduje się w Pełniprezentujemy wywiad z autorką. Jego pomysłodawcą i  realizatorem jest osoba bardzo zainteresowana wiccańską praktyką w jednym z polskich kowenów. Pytania wyszły zatem od kogoś, kto jeszcze nie zobaczył wicca „od środka” i nie znał tekstu „Pouczenia”, dzięki czemu mógł podejść do analizy słów autorki ze świeżym umysłem. Wywiad nie dotyczy więc tylko książki, padają także pytania na temat ścieżki Agni oraz jej nauczycieli, przede wszystkim te dotyczące Vivianne Crowley.

K: Po przeszło 26 latach pracy magicznej w wicca zadebiutowałaś jako pisarka. Jesteś jedną z pierwszych Polek piszących o tej ścieżce. Jak się z tym czujesz?

A: Nie wiem, czy jestem jedną z pierwszych. Pewnie to zależy, ilu ludzi może się zmieścić wśród tych „pierwszych”. Na temat wicca pisały już inne osoby w Polsce, w tym także nieinicjowane. Jak się z tym czuję? Kiedy skończyłam książkę, poczułam satysfakcję, gdyż zazwyczaj wolę pracować nad krótszymi projektami, a napisanie czegoś dłuższego to wyczyn dla mnie. Teraz, gdy książka już wyszła, z jednej strony czuję się zwyczajnie, bo życie płynie jak zawsze, a z drugiej dziwnie mi, kiedy widzę reklamy mojej książki i przy okazji mojej osoby w sieci. Nie jestem przyzwyczajona do takiej uwagi i popularności, więc czasami mam wrażenie, że w tych reklamach mowa jest o kimś innym.

K: Po tak wielu latach praktyki magicznej, co było dla Ciebie głównym impulsem do napisania książki „Gdy Księżyc znajduje się w Pełni”?

A: Od kilku lat piszę książkę o podstawach wicca, jednak próbuję przy tym pokazać głębię, jaką można odkryć nawet w tych elementach wicca, które wydają się najprostsze i tak oczywiste do zrozumienia, że wielu ludzi się nad nimi nie zastanawia. Pisząc tamtą książkę, zaczęłam zauważać, ile ważnych elementów wicca nie zmieści się w tematach, które tam omawiam i jak bardzo Pouczenie Bogini przydaje się do omówienia tych elementów. Gdybym chciała opisać wszystko, moja książka byłaby grubsza od książki Bucklanda. Któregoś dnia wizja nowej, krótszej książki, poświęconej mistycznej stronie wicca, pojawiła się prawie gotowa w moim umyśle – wystarczyło tylko przelać ją na papier.

K: Jak wiele czasu zajęło ci zebranie materiałów i praca nad tym projektem przed ostatecznym wydaniem książki?

A: Samo pisanie poszło chyba dosyć szybko, trwało może półtora miesiąca. Kiedy wizja pojawiła się w mojej głowie, naprawdę była już wyraźnie skrystalizowana. Materiały też w dużej części miałam, bo od lat znam źródła, z których korzystałam. Nowe poszukiwania dotyczyły zazwyczaj odnajdywania dobrej wersji cytatów do tłumaczenia. Praca nad książką po zakończeniu pisania trwała kolejny miesiąc.

K: Napisanie książki o wicca było nowym pomysłem czy może planowałaś to już wcześniej?

A: Jak już mówiłam – był to nowym pomysł, rezultat impulsu i wizji, ale ogólnie z zamiarem napisania książki noszę się od wielu lat. Tę, nad którą pracuję obecnie, zaczęłam pisać jakieś 10 lat temu. Przez te 10 lat dużo osób w Polsce, widząc jak wiele piszę artykułów oraz postów na forach internetowych czy Facebooku, prosiło, bym napisała coś więcej. Do pisania zachęcali mnie też przyjaciele i mentorzy z Anglii, w tym Vivianne Crowley.

K: 10 lat to długo – czemu nie szybciej?

A: Na wszystko przychodzi odpowiedni czas. Być może wcześniej nie byłam gotowa. Pisanie o wicca nie jest łatwe. Często publicznie powtarzałam, że lepiej nie pisać nic, niż pisać o wicca źle, bo wicca jest tak piękna, że nie zasługuje na złe książki. Krytycznie podchodzę do twórczości niektórych innych autorów, więc muszę równie krytycznie podejść do swojej. Nadal mam uczucie, że to co napisałam, nie jest jeszcze wystarczająco dobre. Poza tym życie i praca zawodowa wchodziły zawsze w paradę. Być może nadal nie byłoby moich książek, gdyby nie epidemia, podczas której życie się mocno zmieniło i nagle znalazłam czas.

K: W swojej bibliografii książkowej odwołujesz się do prac wielu znanych wiccan, m.in. do Geralda Gardnera, Doreen Valiente czy Vivianne Crowley. Gdybyś miała wskazywać, to które z tych bibliograficznych źródeł miało największy wpływ przy powstawaniu tej książki?

A: Na powstanie Gdy księżyc znajduje się w pełni największy wpływ miała Doreen, bo to ona jest autorką ostatecznej wersji Pouczenia Bogini, na którym oparłam całą książkę. Jeśli natomiast chodzi o moje interpretacje i wiedzę, jaką przekazuję to na pewno jest tutaj dużo wpływu Vivianne, bo to od niej uczyłam się przez lata.

K: Jak, twoim zdaniem, twoja książka może wyróżniać się na tle innych wiccańskich wydawnictw?

A: Większość znanych mi książek o wicca porusza tematy podstaw, wyjaśnia system inicjacji, opisuje strukturę organizacyjną, wyjaśnia trochę, o co chodzi z rytuałem i narzędziami oraz daje trochę wskazówek magicznych. Ja chciałam wejść głębiej i napisać o duchowości wicca, o jej warstwie mistycznej. Vivianne Crowley w niektórych swoich książkach porusza tematy bardzo głęboko z perspektywy psychologii, a ja chciałam dodać trochę filozofii.

K: W książce wyjaśniasz utożsamienie przez chrześcijaństwo kultu Apollo/Lucyfera z Diabłem. Dlaczego postanowiłaś zająć się tą kwestią?

A: Wypadało poruszyć ten temat, ponieważ zaczęłam opowieść o Pouczeniu od mitu zawartego w Aradii: ewangelii czarownic” Lelanda. W umysłach większości ludzi Diabeł, Szatan i Lucyfer to jedna i ta sama postać. Gdy słyszą, że czarownice czczą Diabła, że jest on naszym bogiem, że nasz bóg jest rogatym a potem wyczytają, że Lucyfer jest postacią występującą w naszej mitologii, mogą pomyśleć, że ten chrześcijański Szatan faktycznie jest naszym bogiem i że wiccanie to sataniści. Myślę, że ważne jest, aby takie stereotypy obalać.

K: Pouczenie Bogini to, twoim zdaniem, najważniejszy wiccański tekst. Dlaczego?

A: Bo tak właśnie jest, dotyka duszy wicca, jest wiccańskim credo. Bardziej szczegółowa odpowiedź znajduje się w mojej książce. Ten tekst jest tak powszechnie znany, że korzystają z niego nawet inne gałęzie czarostwa, niezwiązane z wicca. Ponieważ nie jest objęty tajemnicą, można go wykorzystać do przedstawienia tego, co w wicca najważniejsze. Myślę, że jeden taki tekst może nam powiedzieć więcej o wicca niż 10 książek. Wiele innych tekstów nadal okryte jest przysięgą milczenia, a nauki w nich zawarte można jedynie opisywać niebezpośrednio. To dobrze, że chociaż ten jeden jest łatwo dostępny szerszej społeczności. Od jakiegoś czasu Fundacja Doreen Valiente ma prawa autorskie do jej poezji, ale korzystanie w celach prywatnych i niekomercyjnych jest dopuszczalne. Inaczej jest w przypadku książki, więc musieliśmy uzyskać pozwolenie. Tutaj warto dodać, że fundacja robi bardzo dużo dobrej roboty, więc chętnych zapraszam do odwiedzenia ich strony internetowej.

Starożytny ołtarz w Nemi

K: W pierwszym rozdziale piszesz o micie Aradii, wspominasz także o wizycie nad jeziorem Nemi we Włoszech, zwiedzaniu ruin świątyni Diany. Pamiętasz, co czułaś, stojąc tam?

A: To była bardzo emocjonalna wizyta. Kocham Włochy. Opisanie tego, co czuję, gdy jestem we Włoszech nie jest możliwe – zupełnie, jakby to była moja duchowa ojczyzna. Do Nemi chciałam jechać od dawna. Pierwszym razem, gdy odwiedziliśmy ten kraj, nie udało się. Ale po powrocie do domu, do Anglii, pojechaliśmy do pewnego parku i zrujnowanego opactwa – dostrzegłam w ogrodach opactwa wotywną skrzynię w kształcie świątyni, a w niej gliniane figurki ofiarne znalezione w Nemi. Pomyślałam wtedy, że wszechświat wynagradza mi to, że tym razem się nie udało i daje znak, że następnym razem będzie inaczej. Za drugim razem faktycznie stanęliśmy z przyjaciółmi, wiccanami z Rzymu, pomiędzy ruinami i weszliśmy do wody jeziora. Czułam wtedy euforię dzięki magii tego miejsca, szczęście i wdzięczność, że dane było mi je odwiedzić, ale też smutek, że jest tak zaniedbane, zagubione pomiędzy oliwnymi gajami i pozostawione same sobie, by popadać w coraz większą ruinę. Chciałabym, żeby przeprowadzono tam lepsze wykopaliska i zadbano o pozostałości. Najpiękniejsze jednak było to, że mogłam się przesunąć duchem w dawne dzieje i naprawdę wyczuć świątynną atmosferę, jaka musiała tam panować, gdy miejsce to ciągle było siedzibą starożytnego kultu. Może to, że jest opuszczone, trudne do odnalezienia i nie ma w nim turystów, pomogło mi wczuć się w jego magię.

K: Czytając twoją książkę, można odnieść wrażenie, że piszesz dla inicjowanych w kowenach, jak i dla sympatyków, ludzi na ścieżce magicznej niekoniecznie związanych z wicca?

A: Tak, zależało mi na tym, aby napisać książkę tak dla osób zainteresowanych wicca, jak i dla praktykujących. Napisać ją tak, aby osoby początkujące mogły dotknąć duszy wicca, ale też by ci, którzy praktykują na naszej ścieżce, znaleźli coś ciekawego dla siebie, może jakieś nowe perspektywy itp. Wielu moich znajomych z różnych krajów, praktykujących od wielu lat, słysząc krótkie opisy, poprosiło o przetłumaczenie książki na angielski, bo też chcą ją przeczytać. Faktem jest, że – o ile wiem – nie było jeszcze książki, która omawiałaby Pouczenie Bogini. Polacy są pierwsi.

Skrzynka wotywna z ofiarnymi figurkami z Nemi. Rufford Abbey

K: Jakie lektury mogłabyś polecić sympatykom wicca bądź osobom zainteresowanych tym tematem. Czy poleciłabyś swoją książkę na równi z np. Zasady wicca: jedyne wprowadzenie jakiego ci trzeba Vivianne Crowley, Współczesną czarownicą Deborah Blake albo Tańcem Spirali Starhawk?

A: Nie znam Współczesnej czarownicy, więc mogę na jej temat powiedzieć jedynie to, co słyszałam a słyszałam, że nie jest to książka o wicca, a o samotnym eklektyzmie, więc raczej nie polecałabym takiej książki osobie poszukującej informacji o wicca. Taniec Spirali jest książką cenioną przez wielu starszych wiccan, bo pojawiła się w czasach, gdy książek o samym wicca nadal było mało, a ludzie chcieli czytać cokolwiek o czarostwie. Dla mnie jednak to jest książka, którą czyta się jak skrzyżowanie politycznego manifestu pogańskiego z opowieścią o grupie terapeutycznej, na pewno ciekawa, ale zupełnie nie o wicca, więc osobom, które poszukują książek o wicca dla początkujących, zupełnie bym jej nie poleciła. Starhawk, jak mi opowiadają znajomi amerykańscy wiccanie, którzy pamiętają tamte czasy, została zbanowana z tradycji Feri za wydanie pewnych sekretów, więc założyła własną tradycję, Reclaiming, i to o niej jest ta książka. Choć nie są to książki o wicca, myślę, że oba te tytuły będą cennymi nabytkami dla osób nie zainteresowanych wicca ale poszukujących pozycji o pogańskiej, ogólno-czarowniczej duchowości.

Zasady wicca Vivianne Crowley jak najbardziej mogę polecić tym, którzy szukają wicca.  Vivianne jest jedną z najsłynniejszych pisarek wiccańskich i uważana jest powszechnie za osobę najlepiej tłumaczącą wicca, tradycję i głębsze znaczenie wielu elementów. Vivianne pisze książki zarówno głębiej poruszające pewne zagadnienia, jak i przeznaczone właśnie dla początkujących. Ta, o którą pytasz, jest właśnie dla początkujących, więc jak najbardziej warta polecenia. Jeśli chodzi o moje książki, podobnie jak Vivianne, staram się pisać tak, aby zarówno początkujący, jak i praktykujący, odkryli coś ciekawego, ale w tej pierwszej odeszłam zupełnie od schematu i czytelnik znajdzie w niej nie tyle podstawy, co esencję wicca. Dlatego zanim się przeczyta moją książkę, dobrze jest już coś wiedzieć o podstawach. Myślę, że dobrze by było przeczytać najpierw książkę Vivianne, a potem moją – obie na początek. Do tego dobrze jest czytać o wicca w rzetelnych źródłach w Internecie. Wspólnie dopełnią obrazu i mogą pomóc w zadecydowaniu, czy wicca to ścieżka, którą chcemy podążać.

K: W tym tygodniu na polski rynek wychodzi najsłynniejsza książka Vivianne Crowley, Wicca: stara religia w nowej erze. Ponieważ znasz Vivianne i jej historię lepiej niż inni Polacy, czy mogłabyś nam powiedzieć coś na temat jej tradycji i samej książki.

Vivianne, Agni i Sheila po konferencji „Duchowa Alchemia” w Krakowie

A: Vivianne najpierw bardzo intensywnie uczyła się u Aleksa, prawie u niego mieszkała przez ponad rok. To tyle samo czasu, co większość osób uczących się u Aleksa, który po roku dawał ludziom drugi i trzeci stopień i kazał zakładać własne koweny. Farrarowie, na przykład, uznani za jednych z czołowych aleksandrian, mieli taki sam staż u Aleksa, jak Vivianne. Vivianne przeszła zatem pełny trening aleksandryjski. Alex bardzo chciał jej udzielić drugiego i trzeciego stopnia ale ze względu na studia psychologiczne i zbadanie tematu inicjacji, Vivianne uważała, że rok to za mało, by uzyskać kolejne stopnie. Poza tym nie chciała prowadzić jeszcze kowenu, więc gdy w tym samym czasie kowen Aleksa się rozpadł, Vivianne przeszła do tradycji gardneriańskiej i zaczęła zgłębiać jej tajniki. Gdy zaczynała prowadzić swój kowen, posiadając już doskonały instynkt magiczny i głębszą wiedzę z zakresu psychologii, rozpoznała, co w której tradycji jest cenne i naturalnie połączyła je obie, przyjmując większość z tradycji gardneriańskiej, ale z domieszką aleksandryjskiej. Tradycja jest zawsze żywa i jeśli ktoś łączy to umiejętnie to wzbogaca praktykę. Alex ją w tym popierał i nawet zachęcał do pisania książek. Wiedział, o czym pisała w Wicca: stara religia w nowej erze. Pozostali w bliskiej przyjaźni przez wiele lat, aż do jego śmierci. Kiedy, zarówno przed inicjacją, jak i zaraz po, pytałam wiccan z obu tradycji mieszkających w różnych krajach, jakie książki polecają – pierwsze, co zawsze podawali, to książkę Vivianne.

K: Gdy zaczynałaś swoją ścieżkę wiccańską w pewnym sensie były to „inne czasy”: zdecydowanie mniej książek, brak szczegółowych informacji o wicca w interencie. Obecnie jesteś znaną w środowisku Arcykapłanką, pojawiasz się na konferencjach i spotkaniach związanych z magią i neopogaństwem. Czy opowiesz o tej duchowej wędrówce?

A: To faktycznie były bardzo inne czasy. Internet raczkował, Windows dopiero wchodził na rynek, nie było wielu książek, tanich lotów, a w Polsce nikt jeszcze o wicca nie słyszał. Wiccanie na Zachodzie też bardziej się ukrywali – można było mieć wiccan wśród przyjaciół i wcale o tym nie wiedzieć, bo o wicca się nie mówiło. Tak było w moim przypadku – miałam przyjaciółkę wiccankę w Niemczech i nie wiedziałam o tym. Żeby się dowiedzieć o wicca, musiałam wyjechać na stypendium do Irlandii. To był przełom lat 1993 i 1994. No, ale jak już się dowiedziałam, powiedziałam o tym koleżance w Niemczech i wtedy się okazało, że przez nią mogę poznać wielu innych wiccan i wejść w to środowisko. Na pewnym międzynarodowym zlocie poznałam wielu wspaniałych ludzi, a oni zaczęli mnie zapraszać do swoich krajów. W Polsce nie było wiccan, jednak zaczęłam jeździć „na stopa” po Europie, by dojechać na rytuały. Przez kilka miesięcy mieszkałam w Norwegii, często jeździłam do Niemiec do kowenu, który będąc 700 km od mojego miejsca zamieszkania, był wtedy najbliższym mi kowenem i oczywiście dane mi było dołączyć do rytuałów na zaproszenia z Anglii. To było niesamowite, bo przez ten pierwszy rok miałam okazję wziąć udział w rytuałach różnych kowenów, linii i tradycji i je porównać. Prawdę mówiąc, nie było wielkich różnic w samych sposobach odprawiania rytuałów, choć raz byłam u aleksandrian, innym razem u gardnerian lub w liniach mieszanych. Dało się za to wyczuć różnicę, wynikającą ze specyfiki każdej unikalnej grupy. To było dla mnie bardzo wartościowe i unikalne doświadczenie, bo większość wiccan po inicjacji należała tylko do jednego kowenu i tego porównania nie miała. Miałam dużo szczęścia – wiccańska sierota, sama jedna w Polsce (bo następna osoba w Polsce była inicjowana ponad 10 lat po mnie), więc wiccanie z różnych krajów nie chcieli mnie zostawić samej.

Już wtedy rozpierała mnie wdzięczność za to, że tak pięknie potoczyło się moje życie i mogłam praktykować z tyloma wspaniałymi ludźmi, a później spotkało mnie jeszcze więcej wspaniałości. Jak wcześniej mówiłam, wielu z tych wiccan na pytanie, jakie książki czytać, wskazywali na te od Vivianne Crowley. To, w jaki sposób opowiadali o niej i jakim szacunkiem darzyli jej wiedzę, obojętnie z której pochodzili tradycji, spowodowało, że zbudowałam w swojej głowie obraz osoby nie tylko sławnej, ale przede wszystkim niesamowicie mądrej i znającej się na rzeczy i – jak z większością sławnych ludzi – nigdy nie podejrzewałam, że będzie mi dane kiedykolwiek spotkać tę osobę. Ale kilka miesięcy po mojej inicjacji poznałam wiccanina, który – jak się okazało – był mi przeznaczony i który jest moim mężem do dzisiaj. Po trzech dniach znajomości postanowiliśmy razem zamieszkać, najpierw tylko na zimę, a wkrótce na stałe. Przeprowadziłam się zatem do Anglii i dostałam zaproszenie do praktykowania z jego kowenem – ten kowen prowadzili właśnie Vivianne i Chris. Nawet teraz, jak o tym myślę, ciągle czuję wdzięczność, że Bogowie tak pięknie pokierowali moim życiem. Potem było wiele nauki, intensywnej praktyki, setek rytuałów, po kilku latach prowadzenie własnego kowenu w Londynie, od 2008 roku kowenu międzynarodowego, w którym uczyliśmy osoby z Polski. Prowadziłam też warsztaty, konferencje itp. i tak jakoś te 26 lat zeszło.

K: Ronald Hutton, uznany brytyjski historyk, w The Triumph of the Moon, nazwał Vivianne Crowley osobą, która w Wielkiej Brytanii najbliższa jest byciu nieformalnym następcą Aleksa Sandersa. Jak możesz się odnieść do tego stwierdzenia?

A: Uwielbiam Ronalda. Nie pamiętałam tego cytatu, ale pamiętam, że w tej samej książce Ronald pisze także, że był bardzo sceptycznie nastawiony do wicca, dopóki nie spotkał Vivianne i nie przeprowadził z nią długich rozmów. Wtedy jego nastawienie zmieniło się o 180 stopni. Nie znałam Aleksa osobiście, jako że zmarł, gdy byłam jeszcze nastolatką, ale z opowiadań wiem sporo na jego temat i jeśli chodzi o osobowość, to on i Vivianne mieli zupełnie różne charaktery. On był showmanem, Vivianne woli pozostać w cieniu, nie zachowuje się jak sławna osoba.

Myślę, że Ronaldowi w nazwaniu Vivianne spadkobierczynią Aleksa chodziło przede wszystkim o przyczynianie się do rozwoju wicca. Alex zapewniał rozwój naszej ścieżki,  poprzez rozgłos jaki powodowały jego występy w mediach. Vivianne, w inny sposób, ale niestrudzenie od wielu lat, przyczynia się do rozwoju wicca na całym świecie. Nie tylko pisze książki, które są przez wielu uważane za najlepsze w dziedzinie wicca, ale jako ekspert od tej religii podróżuje po świecie, jest zapraszana na konferencje, od najmniejszych do największych: od tych typowo wiccańskich i ogólnopogańskich, do wielkich, poświęconych duchowości i pracy pomiędzy różnymi religiami, jak np. Parlament Religii Świata.  Ma swoje miejsce w Who is Who, niejednokrotnie o jej ekspertyzę prosiły wysokie organa państwowe, zapraszana jest do prowadzenia warsztatów i wykładów od Chorwacji po Chile, i nadal znajduje czas, by uczyć i inicjować ludzi w wielu krajach tak, że jej linia jest bardzo liczna i obecna w większości krajów europejskich oraz na innych kontynentach. Biorąc pod uwagę jej bliski związek z Aleksem, intensywny trening, jaki u niego przeszła i poparcie, jakiego Alex jej udzielił, myślę, że dużo z tego, co robi, ma na celu kontynuacje jego dzieła, ale oczywiście nie tylko jego. Gardner i jego arcykapłanki także dużo robili dla rozwoju wicca. Linia Whitecroft, której Vivianne jest najbardziej znanym członkiem, jest dziś bodajże największą linią gardneriańską.

K: Jak oceniasz kondycję dzisiejszego wicca w rodzimej Polsce i w Anglii, w której mieszkasz?

A: W Anglii oczywiście jest więcej wiccan, kowenów i więcej możliwości dołączenia do nich, ale Anglia ma w tym zakresie kilkudziesiecioletnią przewagę nad Polską. Sporą różnicę stanowi też wiek osób, które przychodzą do wicca. Kiedyś w Anglii przeważały osoby młode, tak jak dzisiaj w Polsce, ale od wielu lat to raczej osoby już dojrzałe zaczynają się interesować inicjacją i nauką w kowenach. Oczywiście w Polsce wicca też prężnie się rozwija i jest dużo lepiej niż te 10 lat temu. Myślę, że tak pozostanie. Zainteresowanie wicca w Polsce znowu rośnie i zapewne będzie rosnąć jeszcze bardziej.

Patrząc po tym, co się dzisiaj dzieje w Polsce, wydaje mi się, że polska wicca przechodzi przez podobne procesy, co angielska w latach 70, Niemcy w latach 80, itp. W obecnych czasach w Anglii widzi się dużo mniej współzawodnictwa, a więcej współpracy, mniej zawiści – więcej przyjaźni. Choć to też się ostatnio trochę zmienia – cały świat dzieli się na wrogie sobie grupki: wystarczy spojrzeć na politykę i to jak wewnętrznie podzielone są różne kraje. W wielu społecznościach zachodzi polaryzacja, pojawiają się grupy, które pragną upolitycznić wszystko i ciągną swoje idee w ekstremalnych kierunkach. W wicca też niestety pojawiają się takie grupy, próbują zdominować narrację i wprowadzają wewnętrzną politykę, która odstrasza innych wiccan, tych, którzy chcą zwyczajnie praktykować tradycje i współpracować z innymi, będąc wiernymi wiccańskim wartościom. Niektóre kraje są na to bardziej narażone niż inne. Myślę jednak, że zawsze będzie w wicca ostatecznie dużo osób, żeby podtrzymywać jej najwyższe ideały wyrażone w tzw. haśle, Poradzie czy Pouczeniu. Wicca przetrwa ten czas i nadal będzie się rozwijać. Być może praca kowenowa nie będzie jedynym sposobem praktyki, może pojawią się inne, a wiecznie żywa tradycja pozyska nowe elementy – zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Krzysztof

Arek