„Moje dni jako matrona i noce jako czarownica” – Ray Bone

Nie wszystkie wywiady prezentują poglądy Wiccańskiego Kręgu. Tym niemniej publikujemy je, by nasi czytelnicy mogli się zapoznać z bogactwem i różnorodnością opinii, jakie mogą mieć wiccanie. Zachęcamy do (krytycznej) lektury.”

Eleanor Bone była jedną z arcykapłanek Gardnera i jednocześnie osobą, która zadbała, by jego grób nie został zniszczony (cmentarz, na którym był pierwotnie pochowany, miał zostać zmieniony w park publiczny). To od niej również wywodzi się większość europejskich linii gardneriańskich. 15 grudnia ubiegłego roku (tj.2014) obchodziłaby swoje 103 urodziny, i choć pod koniec życia mało kto o niej pamiętał, obecnie niejako odradza się w pamięci wiccan, którzy pragną uhonorować jej wkład i zaangażowanie w rozwój Rzemiosła.

W związku z tym niedawno utworzono Fundusz Pamięci Eleanor Bone (The Eleanor Bone Memorial Fund), którego zadaniem jest zbiórka pieniędzy na pokrycie kosztów budowy nagrobka, na który ją samą nie było stać. Uroczystości ku pamięci Eleanor, wraz z odsłonięciem nagrobnej płyty, planowane są na 12 września 2015. Więcej informacji na temat Funduszu można znaleźć na stronie internetowej https://eleanorbone.org/
Poniższy artykuł powstał na bazie wywiadu z Eleanor Bone i został opublikowany 6 czerwca 1964 roku w magazynie „Tit-bits”.

Za dnia jest Matroną Bone, prowadząca Dom Spokojnej Starości na przedmieściach Londynu. W nocy staje się Czarownicą Bone, oddaną magicznej sztuce arcykapłanką kowenu. W tym wywiadzie z Glendą Banks opowiada o swoim podwójnym życiu i prosi o osąd: „Czy nadaję się do prowadzenia domu spokojnej starości?”

Utrzymanie życia prywatnego z dala od życia zawodowego wymagało nieco wysiłku. Teraz jednak mój sekret został wyjawiony i za bardzo nie obchodzi mnie to, kto o nim wie.
Jestem czarownicą od 30 lat – matroną od 10-ciu. A teraz wszyscy mówią o czarownicy, która prowadzi dom starców. Czuję, że trzeba tu wyjaśnić pewne sprawy…
Moje mieszkanie, będące częścią domu zwanego Wieżą, od domu starców w Steatham dzieli odległość, którą autobusem można pokonać za cztery pensy. Kociołek w moich drzwiach nie służy do ich przytrzymywania. Jest częścią mojego drugiego życia.
Nie jestem tylko czarownicą, ale jedną z trzech brytyjskich arcykapłanek. Za dnia ubieram się do pracy jak przystało matronie, w tweedowy kostium, grube pończochy i brogsy.
Nocą tańczę nago, mając jedynie podwiązkę na lewym udzie.

Kult

Pozwólcie, że opowiem o swoich obu życiach…
W domu starości mam pod swoimi skrzydłami dziewięciu pacjentów. W moim mieszkaniu, gdzie palą się kadzidła, a na ołtarzu leżą ułożone rytualne noże, dwunastu członków kowenu naśladuje mnie w odprawianiu kultu.
To wszystko może brzmieć dziwnie, jednak moje oba życia współistnieją w idealnej harmonii.
Nikt też nie powinien obawiać sie o ludzi, którzy znajdują się pod moją opieka w domu starości. W pracy działam w zgodzie z wiedzą zawartą w medycznych książkach. Rada Hrabstwa Londyn (ang. London County Council), która nadała mi licencję, wie o moim drugim życiu – chodzi tu o coś więcej niż tylko o to, że nie ośmieliłabym się leczyć któregokolwiek z pacjentów przy pomocy czarowniczych mikstur ziołowych, zaklęć czy magii.

Opowiem wam o jednym lub dwóch moich pacjentach – starszych ludziach, którzy już odeszli.
Jednym z nich była staruszka z Monte Carlo. Miała 84 lata i była narkomanką. uzależnioną od morfiny 40 lat.Opiekowałam się nią przez sześć lat. Kiedy zmarła, jej rodzina była tak zadowolona z mojej pracy, że zostawili mi kopertę pełną pieniędzy. Inna starsza kobieta zmarła i zostawiła mi wszystko, co posiadała na tym świecie.
Jeden starszy dżentelmen, który zmarł mając 85 lat, zostawił mi antyczne srebra, z których obecnie korzystam podczas odprawiania „czarowniczych ceremonii”.
Jednakże jednym z moich najdrogocenniejszych skarbów jest egipski pierścień, którego wiek można ocenić na około 2000 lat. Otrzymałam go również od umierającego pacjenta.
Również żywi wspominają mnie z wdzięcznością. Niejedna staruszka zaufała mi, przekazując w moje ręce pełnię władzy nad swoimi interesami. Pewna starsza osoba ma nieruchomość, a ja zbieram dla niej czynsz.

Nie sądzę, żeby to, że jestem czarownicą, o czym ona wie, robiło jej wielką różnicę. Wszyscy moi starsi podopieczni ufają mi.
Jednak nie niepokoję ich, urządzając czarownicze spotkania w domu. Byłoby za głośno. Czasem zastanawiam się, co moi sąsiedzi w Wieży myślą o nocnych trzaskach.
Cóż, mogę im powiedzieć: to ja je wywołuję, kiedy przesuwam mable.
Mój kowen spotyka się w pokoju gościnnym. Zabieram z niego wszystko, tak, aby przestrzeń wokół nakreślonego na dywanie magicznego kręgu była pusta. Tworzenie ołtarza też nie jest prostą sprawą. Wykorzystuję starą, olbrzymią skrzynię, na której układam moje rytualne noże. Krwawe ofiary? Nigdy. Ludzie mylą się, kojarząc czarownice takie jak ja z czarną magią. Mówią, że czerwone wino i ciasteczka, które podaję mojemu klęczącemu kowenowi są parodią Komunii Świętej. Bzdury! To symbol zbiorów, a my po prostu dziękujemy bogom za wino i zboże.

To prawda, że zawsze jesteśmy nadzy w naszych rytuałach. Jednak powodem dla tego jest nasze poszukiwanie czystości.
Nie nosimy ubrań, ponieważ wnoszą one obce elementy do naszego magicznego kręgu.
Nasz krąg oczyszcza się za pomocą wody z solą. Na początku każdej ceremonii zakreślamy wielki krąg. Kreślimy go czarowniczym mieczem – jednak ja namalowałam go na dywanie dla oszczędzenia czasu.
Kiedy już krąg zostanie stworzony, wówczas arcykapłanka – czyli ja – skrapia go słoną wodą. Można nazwać ją naszym odpowiednikiem wody święconej.
Kiedy krąg zostanie w ten sposób oczyszczony, żaden z członków kowenu nie może do niego wejść, jeśli nie jest nagi, gdyż pył z naszych codziennych ubrań mógłby zepsuć naszą magię.
Proszę nie wychodzić z pomysłem, że odprawiamy seksualne orgie. Mój kowen składa się z mężczyzn i kobiet w średnim wieku – ludzi w rodzaju tych, których spotyka się w każdej kolejce do autobusu.
W naszym braku ubrań nie ma niczego seksownego. Bierzemy to wszystko bardzo na poważnie, a potencjalny kandydat na czarownicę jest obserwowany przez trzy miesiące nim jego czy jej nominacja zostanie poddana głosowaniu. To pokazuje, jak bardzo jesteśmy wybredni.
Jako arcykapłanka kowenu otrzymuję sporo irytujących listów. Mam jednak odpowiedź dla piszących je szaleńców. Odpisuję i tłumaczę im, że potrzebują psychiatry, nie czarownicy.

Pocieszenie

Mam 52 lata, wystarczająco, by znać swój własny umysł i wiedzieć, że „rzemiosło” jest moją religią. Nie narzucam jej jednak starszym ludziom, którzy płacą za łóżko w moim domu odpoczynku.
Nie ma tam miejsca na żadne hokus-pokus, kiedy potrzebują duchowego wsparcia – wtedy wzywam księdza lub duchownego religii, jaką wyznają. Jeśli jednak wolą umrzeć w moich ramionach, pocieszę ich tak dobrze, jak tylko potrafię.
Plotkarze mogą mówić, co chcą. Nawet nazwali moje ulubione siedzenie w lokalnym pubie „kącikiem wiedźmy”.
Wyzywam jednak każdego, aby wytknął mi błędy w sposobie, w jaki prowadzę swój dom odpoczynku.
Czy nadaję się do prowadzenia domu spokojnej starości? Wy bądźcie moimi sędziami. Matrona Bone czy Czarownica Bone – wybierzcie sami. A jeśli dzisiejszej nocy będziecie mieli problem z zaśnięciem, bo w waszych głowach krążyć będą myśli o czarownictwie, sięgnijcie po radę z kociołka Matrony: dwie łyżeczki miodu rozpuszczone w gorącym mleku to wspaniały środek uspokajający… Po wypiciu tego, nie słyszy się nocnych trzasków.

Arek