Kontynuacja wywiadu z Profesorem Ronaldem Huttonem

Nie wszystkie wywiady prezentują poglądy Wiccańskiego Kręgu. Tym niemniej publikujemy je, by nasi czytelnicy mogli się zapoznać z bogactwem i różnorodnością opinii, jakie mogą mieć wiccanie. Zachęcamy do (krytycznej) lektury.

Z radością oznajmiam, że Profesor Ronald Hutton zgodził się na kontynuację wywiadu z nim, odnosząc się do pewnych zagadnień jakie pojawiły się w komentarzach do mojego poprzedniego wywiadu. Jak większość z nas zapewne już wie, Ronald Hutton jest profesorem historii na Uniwersytecie w Brystolu. Jest wiodącym specjalistą w dziedzinie historii Wysp Brytyjskich okresu XVI i XVII wieku, jednakże pośród Pogan znany jest zapewne lepiej ze swoich tekstów na temat takich zagadnień, jak rok obrzędowy w Brytanii, starożytne i średniowieczne pogaństwo i magia oraz współczesne czarostwo pogańskie.

Karoline Tully: Profesorze Hutton, dziękuję za ponowne udzielenie wywiadu. Czy chciałby Pan skomentować jakoś debatę zapoczątkowaną przez poprzedni wywiad na tej stronie?
Ronald Hutton: Mam jedynie dwa komentarze. Pierwszym z nich jest to, że wiccanin, którego zacytowałem, jako określającego mnie mianem „historyka indywidualisty”, to nikt inny, jak Ben Whitmore. By rozwiać nieporozumienia (lub w tym przypadku błędne informacje), pragnę powiedzieć, że nie stoję za stroną internetową „Pagans for Archaelogy”, jak również nie jestem członkiem Dolmen Grave, chociaż mam przyjaciół i tu i tam, jak również w wielu innych grupach pogańskich, włączając w to rywalizującą z „Pagans for Archaelogy”, „Honouring the Ancient Dead”, gdzie spełniałem rolę oficjalnego doradcy. Od lat 90. posiadam dożywotnie, honorowe członkostwo w Council of British Druid Orders, jednakże nie biorę regularnego udziału w ich obradach.

Drugi komentarz wymaga bardziej szczegółowego wglądu i dotyczy on znaczenia słowa „czarownica”. Za każdym razem gdy używane jest ono w znaczeniu praktycznym lub kontekście codziennym, za swoim pochodzeniem z anglo-saksońskiego wicce/wicca, zdaje się ono oznaczać kogoś, kto stosuje magię, by szkodzić innym. Wicca lub wicce (zależnie od płci osoby określanej) było najczęściej używanym słowem we wczesno-angielskich kodeksach na określenie aktów stosowania magii, równoznacznych z poważnymi przestępstwami przeciwko osobom, szkodliwych i manipulujących ludźmi i klasyfikowanych zaraz obok morderstwa i krzywoprzysięstwa. Prawa ustanowione przez Ethelreda II, na przykład, określały wygnanie lub egzekucję jako kary dla wiccan odde wigelaras, scincraeftan odde horcwecan, mordwyrtan odde mansworan (czarownic lub czarnoksiężników, praktyków iluzji magicznych lub pokus, tych, którzy zabijają w tajemnicy lub zwodzą). Podczas gdy inne określenia wymarły, owo stało się standardem i wyewoluowało do „czarownicy” (witch). Anglo-Saksoni dysponowali szeregiem określeń na mniej szkodliwe rodzaje magii, takie jak galdra (urok) i idelra hwata (wróżenie).

W procesie tym pojawia się jednak pewna komplikacja, spowodowana przez ortodoksyjną doktrynę chrześcijańską, mówiącą, że wszelaka magia jest ze swej natury demoniczna, ponieważ jedyne zmiany, jakie stać się mogą na drodze nadprzyrodzonej, mogą być powodowane jedynie przez ceremonie i świętych ugruntowanych Kościołów. Stało to w opozycji do zakorzenionej popularnej tradycji, mówiącej, że to, czy magia była dobra, czy zła, wynikało w pełni z jej zastosowań. W skutek tego, w pewnych wiekach reform, duchowni próbowali zniszczyć reputację magów działających dla dobra innych ludzi (jeśli nawet powszechnie za opłatą), twierdząc, że byli oni jedynie innym rodzajem czarownicy, ponieważ oni również (świadomie lub nie) działali z pomocą demonów. W czasach anglosaksońskich niektórzy klerycy objaśnili słowa wicce lub wicca jako odpowiedniki różnych określeń łacińskich, oznaczających różnorodność form neutralnej lub dobroczynnej magii, w większości praktyk wróżebnych, które stosowano, by podważać prawdziwe podporządkowanie się woli ich boga. Powtórzyło się to w kolejnej wielkiej epoce reform i wstrząsów – epoce Angielskiej Reformacji, kiedy to ewangeliccy protestanci zabrali się za atakowanie popularnej wiary w dobroczynnych magów, określanych różnie, lecz najczęściej znanych jako „zręczni” lub „mądrzy” ludzie. Ewangelicy argumentowali, że ludzie ci w rzeczywistości byli czarownicami, pomimo ich upierania się przy twierdzeniu, że duża część ich warsztatu zawierała zaklęcia odsłaniające lub przeciwstawiające się czarostwu. Ataki te oparte były na starym chrześcijańskim poglądzie mówiącym, że wszelkie próby uprawiania magii były ze swej zasady bezbożnością i angażowały złe duchy. W XVI wieku do czołowych autorów reprezentujących owo myślenie należeli: Reginald Scot. William Perkins, Henry Holland i George Gifford, natomiast wiek kolejny przyniósł, między innymi, Thomasa Ady’ego i Thomasa Hobbesa. Niektórzy z nich głęboko wierzyli w istnienie czarostwa, podczas gdy inni (tacy jak Scot i Hobbes) uważali pozorne akty magii za diaboliczne złudzenia. Wszyscy z nich, jednakże, chcieli zniszczyć reputację „zręcznych ludzi” oraz uczonych magów rytualnych, twierdząc, że w rzeczywistości wszyscy oni byli czarownicami (i często, że wszyscy przyzwoici ludzie uważali ich za czarownice). W XVII wieku, w toku tych działań, powstało określenie „białe czarownice”, określające „zręcznych ludzi”, sugerujące, że może i nie są oni tak źli jak „normalne” czarownice, jednak nadal ich moce pochodzą od Szatana. Określenie „białe czarownice” przeszło do języka naukowego, przekazywane przez wieki dotarło aż do współczesności.

James Sharpe, Owen Davies i ja, trzej historycy badający owo zjawisko, w pełni się zgadzamy co do tego, że kampania mająca na celu zdemonizowanie rzemiosła „zręcznych ludzi” całkowicie spaliła na panewce na poziomie ludowym. Bogate zapisy dotyczące magii ludowej okresu między 1550 a 1950 rokiem sugerują, że przeciętni ludzie wciąż rozróżniali między czarownicami (złymi) a „zręcznymi ludźmi” (dobrymi, jeśli ich praktyki zdawały się przynosić efekty). Pojedyncze jednostki mogły być przemieszczane z jednej kategorii do drugiej, lecz owe same kategorie pozostawały nienaruszone. Niemniej, odkąd chrześcijaństwo zawładnęło Anglią, w użyciu istnieją dwa języki opisujące czarostwo: pierwszy, konsekwentny, określający czarownicę jako praktyka złoczynnej magii, oraz drugi, edukowany, słyszalny w pewnych okresach bardziej niż w innych, będący ostatecznie głosem chrześcijaństwa ewangelicznego, usiłujący rozszerzyć owo określenie, uważane za mające złe konotacje, na osoby uprawiające magię a określane jako pomocne i godne uznania. Ma to znaczenie i obecnie, nie tylko dlatego, że jest źródłem zamieszania, jakie pojawiło się na tym blogu, ale też dlatego, że tworzy ważny kontekst dla ludzi określających siebie czarownicami we współczesnym społeczeństwie.

Obecnie słowo „czarownica” używane jest na nie mniej niż pięć sposobów – dwa z nich sięgają procesu kształtowania się języka angielskiego, tak, jak opisałem, natomiast trzy inne pojawiły się od tamtego czasu. Trzecie określenie, sięgające XV wieku, mówi, że czarownica jest wyznawcą w pełni ukształtowanej religii czczącej Szatana. Czwarte i piąte określenie pochodzą z XIX wieku i opisują czarownicę jako wyznawcę w pełni ukształtowanej pogańskiej religii, oddającej hołd bóstwom natury, lub też jako kobietę prześladowaną przez średniowieczne i późniejsze społeczeństwa za upominanie się o prawa dla swojej płci w społeczeństwie zdominowanym przez patriarchat. Wszystkie te określenia kolidują obecnie ze sobą w świecie anglojęzycznym, jednakże nie są wyrównane pod względem swych sił. W Wielkiej Brytanii ostatnie cztery określenia opisują mniejszości, chociaż czwarte używane jest przez dużo większą mniejszość niż trzecie, piąte oraz drugie, natomiast, stosowane są przez większą liczbę ludzi, niż określenie czwarte. Pomimo to, określenie drugie jest generalnie stosowane w mowie potocznej w zwrocie „biała czarownica”, który zakłada z góry istnienie „czarnej”. Co bardziej znaczące, ze wszystkich wskazówek jakie zaobserwowałem wynika, że pierwsze znaczenie – pierwotne i pejoratywne – słowa „czarownica” jest wciąż domyślne dla większości Brytyjczyków. Martwi mnie to, tak, jak powinno martwić każdego w moim społeczeństwie, kto pragnie większego (i trwałego) poziomu tolerancji oraz wielokulturowości. Jedynie zrozumienie kontekstu historycznego może rzeczywiście pozwolić pojąć instynktowny strach, jaki słowo to wciąż wzbudza w wielu ludziach, przynajmniej w moim narodzie.

K.T.: A co z kwestią używania starożytnych tekstów, jak np. Theocritusa, jako dowodu na praktyki czarownicze?
R.H.: A tak, racja, dziękuję. To ważna dodatkowa sprawa, którą powinienem był omówić. Wiara w to, że istota ludzka może zastosować tajemnicze moce w celu szkodzenia innym występuje na każdym zamieszkałym kontynencie świata, lecz nie w każdym ludzie. Na każdym kontynencie niektóre społeczności zamiast tego przypisały owe tajemnicze nieszczęścia działalności złych duchów lub duchów ziemi. Inni obwiniają o nie ludzi z rywalizujących społeczności. Jedynie niektórzy oskarżali o to swoich własnych krewnych lub sąsiadów, i tak myślący ludzie są na całym świecie wciąż bardzo liczni i stanowili ogromną większość w starożytnej Europie. W szczególności rzymianie obawiali się magii destruktywnej w ramach swoich społeczności, skazując na śmierć podejrzanych o jej uprawianie, na skalę przewyższającą późniejsze chrześcijańskie polowania na czarownice – jeśli wierzyć Liwiuszowi – oraz łączyli ową magię stereotypowo ze złymi kobietami, przede wszystkim starymi kobietami. Szablonowy obraz wczesnej europejskiej czarownicy można odnaleźć w bardzo wyraźnej formie u takich pogańskich pisarzy rzymskich jak Horacy, Lukan i Apulejusz (obrazy ukazane przez Szekspira były oparte częściowo na Horacym). Co więcej, rzymianie narzucili ramy prawne dotyczące tych wierzeń na całe swoje imperium, a te następnie przeszły prosto do chrześcijaństwa.

Najwcześniejsze kodeksy germańskiego prawa ukazują te same lęki. Wydaje się, że Grecy w mniejszym stopniu je odczuwali, ponieważ w ich ujęciu stereotypowa czarodziejka była bardziej wytworna, ale i tak skazywali ludzi na śmierć za złe stosowanie magii. Co więcej, od V w. p.n.e. wyrażali bardzo negatywne opinie na temat samej magii, podzielane też przez Rzymian, a następnie przeniesione do chrześcijaństwa, jako praktyki zasadniczo bezbożne i antyspołeczne. Platon jest prawdopodobnie najsłynniejszym z autorów piszących w takiej tradycji, jednakże nie pierwszym. Ludy Palestyny, Syrii i Mezopotamii mocno bały się nie tylko magów, ale i demonów, i takie skojarzenie jednych z drugimi wnieśli jako swój wkład do myśli chrześcijańskiej: mający złą sławę test pływania i tonięcia, mający wykryć czarownicę, pierwszy raz pojawia się w kodeksie babilońskiego króla Hammurabiego. Płeć stereotypowej czarownicy była różna u różnych społeczności – w częściach Skandynawii, w Europie nadbałtyckiej, Francji i Austrii był to mężczyzna, na Bliskim Wschodzie zarówno kobieta jak i mężczyzna, jednakże kobieta wszędzie indziej – lecz strach przed ukrytym, wrogim magiem był wspólny dla wszystkich.

Istniały jednak dwa wyjątki od tego ogólnego wzorca. Ludy celtyckie uznały prawo do rzucania klątw, lecz jeśli nie w tajemnicy i nie niesprawiedliwie, bardziej niż inne oraz wydawały się obawiać duchów ziemi bardziej, niż ludzi. Wydaje się również, że postrzegali stosowanie magii jako bardziej akceptowalne społecznie. Bardzo ważnym jest przypadek starożytnego Egiptu, bardzo ważnej i wpływowej kultury, w której magia postrzegana była jako całkowicie społecznie i religijnie dopuszczalna. Tak naprawdę z tej kultury wywodzi się europejska tradycja magii rytualnej. Szczególny tekst, który przytaczasz, „Pharmaceutria” Teokryta, jest fascynujący ponieważ przynależy on do granicy między dwoma kulturami. W tradycji greckiej, główna bohaterka, Simaetha, tkwi prawnie i moralnie w błędzie, ponieważ w sekrecie stosuje magię by zniszczyć lub zniewolić niewiernego kochanka. W kontekście egipskim, mogłaby wzbudzić więcej zrozumienia. Teokryt był greckim poetą który osiedlił się w Egipcie by dostarczać rozrywki greckiej społeczności kolonialnej w tym kraju. Mocą tego poematu jest to, że autor nie komentuje przedstawianych zdarzeń, zostawiając reakcje w rękach czytelników.

K.T.: Gdzie możemy znaleźć źródła tych Pańskich wniosków?
R.H.: Niektóre z nich przytoczone są w szczegółach w czwartym rozdziale mojego zbioru zatytułowanego „Witches, Druids and King Arthur” (Czarownice, Druidzi i Król Artur) oraz w trzech artykułach przytoczonych w eseju, który opublikowałem ostatnio w „The Pomegranate” i co do którego dałem pozwolenie na swobodną publikację w sieci. Zbiorę obficie wszystkie dowody i argumenty w kolejnej książce, którą zamierzam napisać.

K.T.: Jak postrzega Pan relację pomiędzy naukowcami akademickimi a osobami praktykującymi pogaństwo?
R.H.: Nie sądzę by te dwie grupy mogły być oddzielane i z całą pewnością jakakolwiek opozycja dostrzegana między nimi jest albo fałszywą interpretacją, albo taką, która jest ograniczona i skomplikowana wielością różnych czynników. Uważam tak z powodów wymienionych poniżej.

Po pierwsze, nie byłoby uniwersytetów, gdyby społeczeństwo ich nie chciało. Jest ich na świecie obecnie więcej, niż kiedykolwiek wcześniej a ich popularność widać w braku jakiegokolwiek znaczącego sprzeciwu wobec ich istnienia, nawet gdy korzystają one z pieniędzy podatników. Ostra konkurencja w walce o miejsce do studiowania na wielu z nich jest również wskaźnikiem. Zdają się być obecnie otoczone szacunkiem na całym świecie, jako zasadniczy element cywilizowanego społeczeństwa. Co więcej, rosnąca liczba programów telewizyjnych i radiowych w których eksperci akademiccy występują w roli gości lub prowadzących, wskazuje zarówno na powszechny apetyt na wyniki ich badań, jak również na gotowość z ich strony do współdziałania z masowym odbiorcą. Nie wydaje się by w jakimkolwiek narodzie, o którym wiem, istniało znaczące odczucie braku użyteczności uniwersytetów lub by nie nadążały one za kulturą wokół nich, w szerokim rozumieniu. Problemem może być, wręcz przeciwnie, to, że uniwersytety odzwierciedlają szersze społeczeństwo aż za dobrze, z czym niektórzy poganie się nie zgadzają.

Po drugie, kiedy niektórzy poganie wyrażają wrogość wobec naukowców, robią to generalnie w obronie idei pierwotnie wyrażanych przez innych naukowców. Najczęściej bronią oni dominującego w połowie XX wieku poglądu na temat historycznego czarostwa, poglądu reprezentowanego decydująco i najgłośniej przez Margaret Murray z Uniwersytetu w Londynie. To, co dezorientuje i złości niektórych ludzi w profesjonalnej nauce, to właściwie nie to, że jest ona niewzruszona, okopana i że wydaje przyzwolenia i zgody, ale to, że obala wiele z ogólnie przyjętych prawd, pochodzących z poprzednich dekad. Skuteczne rzucenie wyzwania dominującym poglądom jest obecnie najszybszym i najpewniejszym sposobem na zrobienie kariery akademickiej, a tempo sporów i zmian może być dezorientujące dla ludzi na zewnątrz, którzy pragną stabilności i poczucia pewności, lub przynajmniej pragną dalej wierzyć w to, czego pierwotnie ich nauczono.

Po trzecie, najbardziej zdeterminowani pogańscy oponenci idei wyrażanych przez pewnych historyków, mają skłonność do nie przeprowadzania samodzielnie żadnych badań, zamiast tego czynią użytek z innych historyków, którzy sami są albo akademikami albo zależni są od nauki zawodowej a operują w zakresie tradycji akademickiej. Osobą będącą klasycznym przykładem pierwszego typu, która to pojawiła się w obecnej debacie, jest Carlo Ginzburg, natomiast przykładem drugiego typu jest Paolo Portone. Są oni bardzo różniącymi się od siebie autorami. Carlo jest jednym z największych na świecie naukowców-badaczy, Paolo, natomiast, jest pisarzem polemizującym, który czerpie w większości z istniejących już publikacji. Czuję, jednakże, osobistą sympatię i szacunek dla obydwu z nich. Carlo jest, jak wcześniej napisałem, moim przyjacielem. Próbuję znaleźć dla niego tłumacza i wydawcę jego książki w wersji angielskiej. Może to przynieść pewną przerwę dla tych, którzy postrzegają nas obu jako opozycjonistów do siebie nawzajem. Żaden z nich nie jest orędownikiem pomysłu mówiącego o średniowiecznej, lub późniejszej, religii pogańskiej, której udało się przetrwać, w oddzieleniu od chrześcijaństwa i w opozycji do niego, a co dopiero o takiej religii, która przetrwała do czasów współczesnych. Obaj zamiast tego podkreślają wagę starożytnych pogańskich elementów wchłoniętych przez średniowieczną, i późniejszą, kulturę chrześcijańską, które to elementy były następnie przekazywane dalej przez ludzi, którzy uważali siebie za chrześcijan, nawet jeśli inni, reprezentujący inne rodzaje chrześcijaństwa, nie zawsze się z tym zgadzali. W pełni się zgadzam z nimi oboma w takim podejściu, z tą jednak główną różnicą między nami, że ja dotychczas koncentruję się bardziej na sposobie w jaki elementy pogańskie odfiltrowały się współcześnie z powrotem od chrześcijaństwa i utworzyły wachlarz odrodzonych religii pogańskich.

Po czwarte, ci akademicy, których niektórzy poganie wybrali sobie na obiekty niechęci, nie są tymi, którym daleko do pogaństwa lub którzy są jemu wrodzy, są nimi natomiast ci, którzy są najbliżej z pogaństwem związani i najbardziej próbują mu pomagać. Uwaga ta wiąże się z punktem piątym – mianowicie, ci poganie, którzy najbardziej narzekają na akademików, zazwyczaj wcale nie reagują w ten sposób bezpośrednio na prace owych naukowców, lecz na posługiwanie się ich pracami przez innych pogan w celu obmawiania lub drwienia z wierzeń owych narzekających ludzi. Takie zastosowania ich prac są często z rodzaju tych, których owi sami naukowcy by nie pochwalali, i są one przykładem zniekształcenia tego, co próbują przekazać. Po szóste, cała kwestia związana z problemem autentyczności pochodzenia współczesnego pogaństwa oraz wrogości wobec profesjonalnych historyków (lub właściwie do każdego), którzy zdają się kwestionować lub zagrażać owemu pochodzeniu – wszystko to nie jest zjawiskiem europejskim, a co dopiero brytyjskim. Koncentruje się to w Stanach Zjednoczonych, głównie w centrum i zachodnich częściach kraju, pośród pewnych grup i osób. Odbija się echem w niektórych częściach Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Dlatego jest to problem, który dotyka obu stron Pacyfiku ale w niewielkim zakresie obu stron Atlantyku. Jeśli problem ten istnieje w Europie, to jest obecnie ledwo co zauważalny, a już w ogóle nie w głównych stowarzyszeniach, czasopismach lub spotkaniach reprezentujących europejskie pogaństwo. W zeszłym wrześniu brytyjscy wiccanie obchodzili „Dzień Geralda”, upamiętniający życie i pracę Geralda Gardnera. Zostałem zaproszony, bym wygłosił przemówienie. Zaproszono mnie obok ludzi, którzy znali i pracowali z Gardnerem, obok jego biografa, Philipa Heseltona i obok wiodących członków współczesnej społeczności wiccańskiej. Okazało się, że wszyscy się ze sobą zgadzaliśmy, zarówno w kwestii charakteru Geralda, jak i znaczenia jakie mają jego osiągnięcia. Nikt z nas nie podnosił kwestii autentyczności jego tradycji, ponieważ nie ma solidnego dowodu by ją ustalić i również dlatego, że przestało to, mniej lub więcej, mieć jakiekolwiek praktyczne znaczenie dla większości brytyjskich wiccan.

Nawiasem mówiąc, zastanawia mnie to, że podczas gdy pogaństwo uważa się za zespół religii, skupionych w dużej mierze na mocy żeńskości, to większość osób na świecie, które określić mógłbym mianem pogańskich fundamentalistów, to mężczyźni. Co więcej, wielu z nich posługuje się bardzo tradycyjnym językiem „męskiego stada”, pełnym przechwałek, puszenia się oraz szyderstw. Przykłady takiego nieparlamentarnego języka znaleźć można w odpowiedziach na temat mojego wywiadu. Przyznaję, że kilka z tych osób poruszyło pewne kwestie warte przedyskutowania, do których odniosłem się powyżej, jednakże czy muszą być one koniecznie nasycone takim przerysowaniem męskości?

K.T.: Czy będzie Pan ponownie wydawał publikacje na temat historii współczesnego pogaństwa?
R.H.: Prawdopodobnie nie. Napisałem Triumf żeby zaproponować odpowiedź na jedno specyficzne pytanie: dlaczego Wicca pojawiła się w Anglii, a nie w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, i akurat w połowie XX wieku, a nie w jakimkolwiek innym okresie. Ujmę to w inny sposób: chciałem naświetlić dlaczego akurat jeden z najbardziej uprzemysłowionych, zurbanizowanych i gęsto zaludnionych krajów na Ziemi stał się tym, który wydał z siebie religię bazującą na starożytnych korzeniach pogańskich i skupioną wokół bóstw natury, a wszystko to tak niedawno? Uważam, że udzielając owej odpowiedzi, osiągnąłem też trzy inne cele. Jednym z nich było wyjaśnienie sukcesu tej religii na arenie krajowej i międzynarodowej, zaś drugim, zapewnienie tych, którzy nie wiedzieli nic, lub niewiele, o tej religii, o jej zasadniczo życzliwym charakterze. Trzecim było wykazanie, że choć daleko od czerpania z idei i impulsów, które pochodziły z marginalnego składnika społeczeństwa, to jednak zbliżali się oni do kilku z nich, które pochodziły z głównego nurtu współczesnej kultury brytyjskiej i angażowali jej najbardziej znane i podziwiane postaci. W szczególności, bóstwa tej religii, chociaż obecne były w świecie starożytnym, nie były one tymi, które były wtedy w centrum światowych religii lecz tymi, które stały się najważniejszymi dla współczesnych Brytyjczyków.

Zrobiwszy to wszystko, wycofałem się, by pozwolić innym badaczom budować na moich propozycjach lub modyfikować je. By wspierać ten proces, ciągle podkreślałem w Triumfie, że dane mogą być interpretowane na różne sposoby. Zrobiłem tak zwłaszcza w przypadku kwestii pochodzenia Aradii Lelanda oraz rytuałów Geralda Gardnera, w obu przypadkach proponując trzy dosyć przekonujące odczyty dowodów, z których jeden mówił, by zaakceptować dokładnie to, co twierdzili Leland i Gerald. W obu przypadkach wyrażałem osobisty pogląd, mówiący, że tradycyjne twierdzenia są najmniej prawdopodobnym scenariuszem, lecz potem kontynuowałem, mówiąc, że jest to otwarta możliwość. Ponadto, byłem pierwszą osobą, która zasiała uzasadnioną wątpliwość czy Dorothy Clutterbuck była czarownicą, jednakże następnie podkreśliłem, że nic, co powiedziałem nie udowadniało, że nią nie była. W toku moich analiz dowodów z wieku XIX i wczesnych lat wieku XX, otworzyłem kilka obszarów badań, które nigdy wcześniej nie były należycie zgłębiane pod takimi kątami, i następnie pozostawiłem je innym ludziom, by je samodzielnie rozpatrywali. Gdyby, jak to niektórzy twierdzą, Triumf miał zostać użyty do zamknięcia badań nad pogaństwem, to przyniósł on dokładnie przeciwny efekt do tego, który zakładałem. Gdybym chciał wtedy zdominować owo pole badań, to opierałbym się głównie na tej książce i kontynuował kwestie, które sam poruszyłem. Zamiast tego, napisałem dwa eseje kilka lat później, by rozwiać możliwe fałszywe odczucia jakie powstały w wyniku mojej wcześniejszej pracy: że uważałem, ze w starożytnym pogaństwie nie było nic, co blisko przypominałoby współczesne pogaństwo, i że w okresie średniowiecza nie było ciągłości w kulcie starożytnych bóstw. Opublikowałem te eseje w Witches, Druids and King Arthur (Czarownice, Druidzi i Król Artur) i następnie pozostawiłem całe to pole dla nowych badaczy.

Innym powodem mojej niechęci do kontynuowana tej kwestii jest to, że zwyczajnie nie mogłem znaleźć więcej dowodów, które mogłyby przynieść rozstrzygające odpowiedzi na pozostałe problemy dotyczące pochodzenia współczesnego pogaństwa. Nikt inny też tego do tej pory nie zrobił. W zeszłym listopadzie, na przykład, miałem zaszczyt wystąpić w byłym domu Dorothy Clutterbuck w Highcliffe, jako osoba zadająca pytania w filmowanej debacie pomiędzy dwoma obecnymi ekspertami w dziedzinie jej życia, Philipem Heseltonem i miejscowym historykiem, Ianem Stevensonem – który mocno pomógł zarówno Philipowi, jak i mi, w naszych badaniach. Żaden z nich już nie wierzył, że Dorothy była czarownicą, jednakże Philip zasugerował, że wypożyczała ona swój dom kowenowi z New Forest, nawet jeśli sama nie zawsze była pewna, co oni tam robili. Ian był przekonany, że nie miała ona nigdy nic do czynienia z czarostwem lub Geraldem i że Gerald przedstawił ją w zafałszowany sposób, by ukryć prawdziwe pochodzenie Wicca. Wysłuchałem obydwu z nich i oświadczyłem, że przy obecnym stanie dowodów, obaj mogą mieć rację i wyraziłem nadzieję, że jeden z nich znajdzie rozwiązanie tego problemu. Nie widzę jednak sposobu, w jaki mogłoby to być zrobione.

Kilka lat temu uświadomiłem sobie istnienie innego możliwego źródła informacji na temat wiccańskiej historii, a które to źródło wcześniej przegapiłem: zbiór listów od Doreen Valiente i Margaret Murray do artystki i jednocześnie maga rytualnego, Ithel Colquhoun, zachowanych w archiwum Tate Gallery. Zamierzałem je przeczytać, gdy będę w odpowiednim czasie w odpowiedniej części Londynu, ostatnio Amy Hale, która bada Colquhoun, zrobiła dla mnie ich fotokopie. Listy autorstwa Doreen są interesujące w kwestii jej rozłamu z Geraldem oraz kwestii kowenu Bricket Wood, jednak nie mówią nam nic naprawdę nowego. Jeden z listów, pióra Margaret Murray (Archiwum Tate Gallery 929/5/31/15), był ważny, ponieważ ujawniał jej stosunek do Wicca, przed rokiem 1960, który to stosunek był bardzo wrogi. Nazywała ona Wicca „wyraźnie współczesną sektą, która nie ma nic wspólnego ze starym kultem, który był z całą pewnością tak samo religią, jak jest nią chrześcijaństwo. Średniowieczna czarownica była pobożną osobą wierzącą w Boga, choć nie w chrześcijański jego obraz… Współczesna imitacja przemawia do bezmózgich młodych ludzi, którzy chcą się czuć ważni, i w żaden sposób nie jest ona religijna.” Nie potrafię zrozumieć jak mogła ona dojść do wniosku, że Wicca nie była religią, skoro wcześniej napisała przedmowę do książki Gardnera Witchcraft Today, a i że nawet wrogie artykuły prasowe przyznawały, że wyznawcy tej religii uważali siebie za głęboko religijnych. List ten dostarcza nam rzadkiego wglądu w jej prywatne opinie, jednakże tak, jak wszystkie nowe informacje, które widziałem, dodaje on szczegółów do już posiadanej wiedzy, bez odpowiadania na żadne z naprawdę ważnych pytań dotyczących pochodzenia Wicca.

Nie odwróciłem się od historii pogaństwa i czarostwa: zamiast tego jestem w tych kwestiach dalej niż wcześniej, przygotowując dwie duże książki, o których mówię we wspomnianym fragmencie z Pomegranate. Książki te skupiają się na okresach starożytności, średniowiecza i wczesnej współczesności, które wcześniej w dużym stopniu pominąłem. Powinny zainteresować współczesnych pogan. W istocie, materiał pochodzący z tych dwóch książek, pojawił się powyżej w niniejszym wywiadzie. To, co najbardziej znaczące i inspirujące w reakcjach na twój wywiad ze mną, to ciepło i wsparcie wyrażane przez większość tych, którzy na niego odpowiedzieli. Jestem zaszczycony mogąc zająć miejsce w takim towarzystwie.

Dziękuję Panu ponownie, Profesorze Hutton, za tak szczegółowe i fascynujące odpowiedzi na pytania. Ja, i na pewno też inni, naprawdę doceniam Pana gotowość do angażowania się w to, co wydaje się być kontrowersyjnymi aspektami odnoszącymi się do akademickich studiów nad historycznym i współczesnym czarostwem oraz starożytnym i obecnym pogaństwem. Jestem pewna, że czytelnicy tego bloga zgodzą się ze mną, że Pana praca i idee wzmacniają współczesne czarostwo – które w zasadzie wciąż jest w budowie – a Pana dostępność i obecność w sferze publicznej zapewniają zarówno wyjaśnienia co do natury czarostwa, jak i jego wzbogacenie.

Driada